Pracuś z Kraju Kwitnących Marzeń
Nie tak dawno w Dzienniku Sport czy na stronie internetowej Śląskiego Związku Piłki Nożnej pojawiły się artykuły dotyczące naszego zawodnika i trenera, Yu Ito.
Zapraszamy do ciekawej lektury.
Sześć lat temu o Polsce nie wiedział zupełnie nic; co najwyżej potrafił odnaleźć ją na globusie czy mapie. Dziś nie tylko płynnie mówi po polsku; w Polsce rozpoczął też trenerską edukację, na razie zwieńczoną licencją UEFA C; wkrótce może też zostać współpracownikiem jednego z najbardziej znanych polskich szkoleniowców, akurat pracującego w jego ojczyźnie! – A najważniejsze, że nauczyłem się myśleć po polsku – mówi Yu Ito.
Życiowy wybór… sześciolatka
Miał sześć lat, gdy w tokijskiej dzielnicy Nerima jego rodzice… dali mu swobodę wyboru dyscypliny, jaką chciałby uprawiać. Najpierw rzucono go na głęboką wodę. Dosłownie, bo przez dwa tygodnie sprawdzał, czy podobają mu się zajęcia pływackie. Potem dostał do ręki rakietę tenisową, ale po kilku wizytach na korcie znów pokręcił przecząco głową. Nie mógł też pominąć areny baseballowej, bo przecież – jak sam mówi – do dziś w Japonii jest to sport numer 1. W końcu trafił na zieloną murawę piłkarską. – I poczułem, że to jest. A poza tym jeden z moich kolegów chodził już na zajęcia piłkarskie do klubu – opowiada nam Ito.
Ten klub nazywał się jak dzielnica – Nerima City i był jednym z wielu szkolących dzieciaki w Tokio. Yu w jego barwach trenował przez pięć lat. Potem – zgodnie z japońskim systemem – trafił w tryby klubów szkolnych, w gimnazjum i liceum. W jednym z nich grywał u boku Kazumy Yamaguchiego. Dziś ten niespełna 30-latek, rówieśnik Ito, występuje na boiskach trzeciej ligi w ojczyźnie, w klubie Thespa Gunma. Ale kilka lat wstecz zagrał w J1 League, w barwach słynnej drużyny Kashima Antlers, a jego wycena na specjalistycznych portalach sięgała pół miliona euro!
Japońska przystań w sercu Śląska
Ito w tym czasie poszedł zupełnie inną drogą. Na jednym z uniwersytetów ukończył studia pedagogiczne. Piłkę wciąż kopał, ale…
– Wiedziałem już, że kariery futbolowej w Japonii już nie zrobię – wspomina ten czas nasz rozmówca. Mógł się poświęcić wyuczonemu zawodowi, zaskakującą propozycję złożył mu jednak współpracujący z nim agent, Takashi Morimoto. – Zaproponował mi wyjazd do Polski. Konkretnie – do Rudy Śląskiej, bo znał się już wcześniej z prezesem Grunwaldu – dodaje Ito.
Z prezesem Grunwaldu, Teodorem Wawocznym, zna się bardzo wielu ludzi w środowisku piłkarskim – dodajmy od razu. Bo przecież obecny jest w nim od ponad sześciu dekad: jako piłkarz, trener, prezes ukochanego klubu (też zebrało się już w tej roli ponad czterdzieści lat), ale też działacz nie tylko Śląskiego Związku Piłki Nożnej, ale – przez lata – różnych wydziałów i komisji PZPN-u. On sam zaś raz za razem zaskakuje tych, co znają, aktywnościami zupełnie niezwykłymi. Ot, choćby tym, że właśnie zaczął naukę… chińskiego. Japoński bowiem… już opanował – w stopniu wielce komunikatywnym. Dlatego piłkarze z tego kraju – a przez ostatnich kilka lat przewinęło się ich przez Grunwald całkiem sporo – mają się u niego w klubie całkiem nieźle: dogadają się z nim bez kłopotów w ojczystym języku.
Od „szkodnika” po „setnika”
Yu jednak – bodaj jedyny w gronie wspomnianych rodaków, grających krócej bądź dłużej w Halembie – ze swym pracodawcą i mentorem postanowił dogadywać się po polsku. A że ma, jak się wydaje, niemałe zdolności językowe, polskiego nauczył się niemal w mig. Może doskwierało mu to, że w pierwszych miesiącach pobytu w Polsce nie bardzo rozumiał komunikaty płynące w trakcie meczu zza linii bocznej. A nie zawsze bywały mu one przychylne. Wawoczny: – Na początku gry w Grunwaldzie piłkarzem był bardzo przeciętnym, nawet jak na naszą niską klasę rozgrywkową (A-klasa, czyli siódmy poziom – dop. aut.). Podczas jednego z meczów w Katowicach, po 30 minutach jego beznadziejnej gry krzyknąłem do trenera: „Zdejmij tego szkodnika z boiska!”. Do dziś mi to w klubie wypominają ze śmiechem.
Yu – zgodnie z jego własną deklaracją na temat boiskowych możliwości – ustawiano na początku w drugiej linii. – A to było zupełne nieporozumienie. Ambicji nie sposób mu było odmówić, ale do gry kombinacyjnej nie był stworzony – tłumaczy prezes Grunwaldu. Grzegorz Kapica, niegdyś znakomity ligowiec, dwukrotny mistrz kraju, zdobywca Pucharu Polski oraz król strzelców ekstraklasy, z trenerskiej ławki zobaczył jednak „coś” w japońskim zawodniku. Mimo niewielkiego wzrostu Ito, przesunął go na środek obrony. To był strzał w dziesiątkę. – Ma świetne wyczucie: wie kiedy wyprzedzić rywala, a kiedy się do niego „przykleić”, nawet w wyskoku, w powietrzu. Chłopcy byli zszokowani widząc, jak mówili, „nowego Yu” uprzykrzającego przeciwnikowi życie na maksa! – powie nam Wawoczny. A wspomniany Kapica dorzuci krótkie, acz wiele mówiące zdanie: – Patrząc na zaangażowanie i postawę Yu, czasem chciałbym mieć w drużynie… jedenastu Japończyków!
Nic dziwnego, że choć gwiazdą nawet tej siódmej ligi Ito nie został, został… „setnikiem”. Zbierając ziarnko do ziarnka, uciułał kilka miesięcy temu sto występów w rudzkiej ekipie. Odebrał z tego powodu okolicznościową koszulkę, bo w Halembie o takich jubileuszach nigdy nie zapominają. Podobnie jak o plebiscycie na najlepszego zawodnika rundy, przeprowadzanym w szatni co pół roku. W czerwcu 2025 głosami kolegów z boiska zajął w nim drugie miejsce. Słowem – zaczynał od roli „szkodnika”, a stał się bezcenny w zespole!
Skrupulatny i cierpliwy
Yu w Grunwaldzie nie tylko sam kopie piłkę, ale i kopania jej uczy innych. Konkretnie – dzieciaki z rocznika 2014. I ma na to „papiery”; nie tylko wspomniany dyplom ukończenia studiów pedagogicznych, ale także wspomnianą na wstępie licencję trenerską UEFA C! – Z każdym kolejnym miesiącem spędzonym w Polsce coraz więcej rozumiałem i coraz lepiej mówiłem po polsku. I w pewnym momencie przyszedł mi do głowy pomysł, by zrobić tutaj kurs trenerski – wyjaśnia Ito. A że Japończycy w swych postanowieniach są konsekwentni do bólu, założony cel wykonał podczas organizowanego przez Śląski ZPN kursu w Zabrzu. Ukończył go bez problemów, egzamin – oczywiście po polsku – zdał śpiewająco. No i jest od dwóch lat dumnym posiadaczem wspomnianej licencji!
– Widzę, jak bardzo pociąga go ta praca – dzieli się swymi spostrzeżeniami Teodor Wawoczny. – Już w czasie kursu przychodził do mnie lub do trenera Kapicy, zadając mnóstwo pytań na temat przekazywanej mu w trakcie szkolenia wiedzy. Dziś przyglądam mu się od czasu do czasu podczas prowadzonych przez niego zajęć. Jest do nich zawsze świetnie przygotowany, bardzo skrupulatny, cierpliwy i spokojny, choć przecież dzieciakom w tym wieku nie wszystko zawsze wychodzi. Natomiast jeśli będzie kiedyś pracować z dorosłymi, na pewno nie będzie szkoleniowcem siedzącym kamieniem na ławce. Podczas jednego z ligowych spotkań Grunwaldu, w którym nie mógł wystąpić, bardzo emocjonalnie przeżywał grę jednego ze swych rodaków. Co rusz podbiegał do linii i w ojczystym języku głośno go instruował – wspomina prezes.
„Dziadek”, czyli „tori kago”
Swoją drogą Ito – ze swą polszczyzną oraz przygotowaniem merytorycznym – Wawocznemu spadł z nieba. Jeszcze przed przyjazdem Yu do Halemby, sternikowi Grunwaldu chodziła po głowie myśl stworzenia… piłkarskiego słowniczka polsko-japońskiego. I obaj panowie, służąc sobie wzajemnie radą i pomocą w nauce – takowy rzeczywiście opracowali! – Po co to komu? Ano jest w futbolu wiele specyficznych terminów. Mniej więcej 400 z nich zawarliśmy w tymże słowniczku – zaznacza polski współautor tegoż dzieła, przywołując przywołując konkretny przykład jego zastosowania. – Piłkarze na całym świecie lubią bardzo konkretny element rozgrzewki; ten, który w Polsce określa się mianem „gry w dziadka”? Proste tłumaczenie tego zwrotu na japoński nikomu jednak w tym kraju nic nie powie. Tam ta zabawa nazywa się bowiem „tori kago”, czyli – w przekładzie na polski – „klatka ptaka” – opowiada Teodor Wawoczny.
Wolność kocha i rozumie
Praca nad owym słowniczkiem – do którego za chwilę wrócimy, bo wiąże się z nieoczekiwaną pointą naszej opowieści – to jedno z najbardziej pozytywnych doświadczeń Yu Ito w Polsce. Generalnie – i nie ma w tym wyłącznie kurtuazji, tak charakterystycznej dla mieszkańców Kraju Kwitnącej Wiśni, że często uciekają się nawet do… kłamstw, by usatysfakcjonować rozmówcę – chłopak z Tokio sprawia wrażenie zachwyconego naszym krajem, jego kulturą i mieszkańcami. – Jestem w Polsce 5,5 roku. Wiele dobrych rzeczy mnie tu spotyka. Nie doznałem tu nigdy dyskryminacji, choć nieprzyjemne sytuacje mnie i moim kolegom zdarzały się na przykład we Włoszech czy Francji. A ludzie w Polsce są bardzo sympatyczni – podkreśla.
I jest jeszcze jedna ważna z punktu widzenia rzecz w polskiej rzeczywistości. Wawoczny: – Zapytałem go niedawno, co najbardziej ceni w Polsce. „Jiyuu”! „Wolność” – odpowiedział natychmiast. „Nie jest się uzależnionym od kogoś innego w swych wyborach życiowych i codziennych” – dodał. System hierarchiczny w społeczeństwie japońskim jest mocno zakorzeniony…
Nie wszystko w Polsce jest „oishii!”
Jest jednak coś, za czym Yu tęskni bardzo. – „Oishii”! „Smaczne!” – zawsze powie Japończyk, gdy go ugościsz, zaproponujesz jakąś potrawę. Nawet jeśli mu nie smakowała. Tego wymaga ich kultura – prezes Grunwaldu powraca do tematu już wcześniej przez nas poruszonego, z uśmiechem przytaczając (nomen omen) smakowitą historyjkę: – Poczęstowałem kiedyś Yu i paru jego rodaków flaczkami. „Oishii!” – powiedzieli, kiedy już zjedli. Ale nigdy potem o nie już nie poprosili. A na przykład o ziemniaczane placki – i owszem. Było zresztą z tego powodu trochę ubawu, bo w końcu w ich ustach słowa „flaczki” i „placki” brzmią właściwie tak samo.
Przy wymowie nazw „żurek” i „pomidorowa” o pomyłce nie ma mowy. Zresztą w halembskim barze „Przysmak” do specyficznego akcentu Yu i jego paru rodaków już się przyzwyczaili. Jednak ojczysta ich kuchnia jest zupełnie inna. Bohater tej opowieści ze składników dostępnych w Polsce czasami próbuje we własnym zakresie coś upichcić – w tym przypadku umiejętności (i fantazji) też mu nie brakuje. Generalnie jednak wizyty w Japonii – kilkutygodniowe, w przerwach między rundami ligowymi w Polsce – wzmacniają późniejszą tęsknotę za rodzimymi potrawami. – Ostatnio się do tego przyznał… – mówi Teodor Wawoczny.
Trenerski sojusz polsko-japoński
I tu dochodzimy do sedna sprawy, powraca też temat wspomnianego słowniczka. Jakiś czas temu – zupełnie nieprzypadkowo, bo prezes Grunwaldu niczego przypadkowi nie zostawia… – dziełko to wpadło w ręce Macieja Skorży. Niedługo upłyną dwa lata od podjęcia przezeń (z kilkumiesięczną przerwą) pracy w Urawa Red Diamonds. W klubie z podopiecznymi porozumiewa się z pomocą tłumacza, przekładającego na japoński dyspozycje trenerskie artykułowane po angielsku. Wieść, że jest w Polsce ktoś z licencjonowanymi uprawnieniami trenerskimi oraz znajomością japońskiego (co naturalne) i polskiego, bardzo go zainteresowała. Na tyle, że kiedy po zakończeniu rundy jesiennej Yu Ito poleciał do ojczyzny, Maciej Skorża z Saitamy osobiście pofatygował się do niego do Tokio! – Możliwość współpracy z panem trenerem była dla mnie zaszczytem, ale też ogromną szansą na zebranie nowych, bezcennych doświadczeń – Yu jest oszczędny w słowach i wyrażaniu emocji, bo tak nakazuje japońskie wychowanie. Nie ma jednak wątpliwości, że już samo spotkanie i rozmowa z trenerem „Czerwonych Diamentów” – choć na krajowym gruncie jest raczej kibicem Tokyo Verde – było dlań wielkim przeżyciem! Piłkarz A-klasy u boku niedawnego kandydata do prowadzenia reprezentacji Biało-czerwonych? O marzenia warto walczyć, bo w futbolu – jak widać – scenariusze z bajki nie są niemożliwe!
źródło: Śląski Związek Piłki Nożnej














